Piękna laskońska rezydencja

Gdy Rrzel postąpił krok naprzód, napotkał stopą na twardy przedmiot. Na tyle twardy że wydał głuche dudnienie i potoczył się ledwo kilkanaście centymetrów do przodu. Rrzel chciał go podnieść tyle że w holu tej imprezowej rezydencji była całkowita ciemność. W takim bądź razie poszedł z wyciągniętymi rękoma by o nic nie zahaczyć, w kierunku bladego światła księżyca wpadającego przez wielkie okno przy jeszcze większych półkolistych schodach. Wchodzenie na nie było niezłym wysiłkiem dla rozumu i stalowych nerwów. Drewniany schodek po schodku trzeszczał jakby miał się zapaść, nieraz zagłębiając się pod stopą Rrzela dobre kilka centymetrów, przez co młodzieniec tracił równowagę. Było naprawdę ciemno. Blady księżyc nie dawał w ogóle plam światła na podłodze, a jedynie mgiełki zakurzonej poświaty tuż przy szkle okna. Wchodził dalej. Gdy był już na środku schodów, gdzieś na wysokości 6 metrów wyjrzał przez okno. Oprócz tego że zobaczył na dole brunatne podłoże niewiadomo czym będące, a na górze biel malutkiego księżyca w pełni, widział tylko czerń. Wiedział że na zewnątrz wieje wiatr, dość silny wiatr. Wchodził wyżej, ogarnął go strach że spadnie ale krok po kroku zyskiwał pewność że tak się nie stanie. Doszedł na górny mały korytarz a potem drzwi. Klamka lśniła w mroku, tą samą zakurzoną poświatą co szkło okna. Gdy już był przy niej coś z głuchym łoskotem zaczęło wskakiwać po schodach jego trasą. Przeraził się i zamurowany stał miejscu. Potem rozległ się tylko świst i coś owinęło mu się wokół szyi. Dusił się krótko. Słonecznego dnia nazajutrz , zabawny hol wyglądał jak z okładki magazynu dla bogaczy. Gobeliny, piękne statuy i martwa postać po środku. Dziewczyna krzyknęła i wdała się w bieg do znajomych. Ot dziwna śmierć. Śmierć nocą. Śmierć dla bogaczy.


pseudo-relacje

Nie ma tak wielu ludzi na świecie aby nie można było ich wszystkich pozabijać. Według teorii spiskowych dotyczących grupy władającej światem. Owa ta grupa chce wybić wszystkich szczepionkami i zakażeniem środowiska. Po co ? ktoś się spyta. Według tych, który popierają te teorie po to aby mieć węższe spektrum ludności i wtedy prościej by było im utrzymać władzę na powiedzmy grupą 6 milionów ludzi a nie 8 miliardów. Oczywiście ja nie do końca wierzę w te teorie..sadzę że są one sztucznie nadmuchiwane. Poza tym siedząc u siebie w domu i pijąc ciepłą herbatę nie myślę o zasadzkach ludzi z wyższych sfer i o tym co oni kombinują. Dzieci też nie chcę mieć i dlatego nie interesuje mnie przyszłość tej pięknej planety ze szkieletami dinozaurów, zniszczonej przez rasę ludzką. Egocentryczną, bezlitosną rasę ludzką. Naprawdę sporo zła sie działo na tej planecie, i nic już tego nie zmieni. Po co mi tu płodzic kolejne nieszczęśliwe pokolenie. Raz już miałem styczność z piramidą finansową i jej destruktywnym wpływem na mnie. Moje wyalienowanie spowodowane ich praniem mózgu było straszne, dlatego pijać u siebie herbatkę czy kakao mam w dupie sprawy ludzi, którym i tak sie nic nie zrobi, i każdy się ze mną zgodzi bo w tym temacie jesteście słabi i wiecie że mam rację. Ta walka, którą nazywam pseudowalką, bo co, pojechanie na zlot bildelbergów w innym państwie gdzie cię nawet nie wpuszczą iu potem wytwarzanie mrzonek na ich temat i to jakim jest się znawcą od ciemnych spraw wyższych sfer jest bezsensowne. Fajnie się tego słucha ale nic opt nie zmieni. Bogaczy się nie zmieni. Oni mają odrzutowce, kasę, prawników i mózgi zwycięzców. Naprawdę niektórym tak trudno przyznać że tego sie nie pokona, niech se robią co chcą, oni wybierają i rządzą..ale tym maluczkim, którzy nie wiedza co zrobić ze swoimi rączkami świerzbiącymi od braku takiego charakteru jaki ma chociażby Rockefeller czy Bill Gates to klikają nimi w klawisze, piszą pierdoły i próbują się umocnić, ale nigdy tego nie zrobią. Nie urodzili się tam gdzie oni i to jest dla mnie żałosne. Poruszają tematy myśląc że stworzą bunt. W 21 wieku buntu stworzyć się nie da, chętnie bym go zobaczył ale wiem że się nie doczekam. Tyle.


mag szkic

tego dnia nie padało tak jak ostatnio. Wielka złowroga, czarna chmura zbliżała sie do miasta Regolion i nie było momentu w kótrym któryś z ludzi nie wychodził na zewnątrz domostwa i nie sprawdzał jak jest blisko.
# tal samo robił Asret, jako jedyny wiedział że ot nie tyle uciszający deszcz maga, lecz także deszcz na tyle magiczny że zamienia niektórych ludzi w zombiee. Słowo niektórych było tu kluczowe, bowiem zamieniał tylko tych którzy nosili cynowe wisiorki z molem. Asret za nic nie mógł przekonać innych mieszkańców aby je pościągali, chroniły przed smokiem, który od niedawna nawiedzał miasto. Apropo smoka było ot na razie piskle lecz nad wyraz złowrogie, Czterometrowe i buchające ogniem jak dorosły smok. Ludzie obawiali się co bedzie jak smok urośnie. Pewien czarodziej z zimnej pólnocy pojawiał sie od niedawna w mieście i sprzedawał że wisiorki. Dlateog żę niebyło lepszej ochrony ludzi kupowiali i wierzyli w słowa mądrego czasodzieja. Asret nue wierzył ani troche. Znał plan maga zwiastująćego deszcz, w końcu był jego kuzynem.
# Deszcz już dochodził. Mijały minuty io przybierał na sile. Aster odwrócił sie w kierunku jednego z sąsiadów, pamiętał że ten z ochotą kupował te wisiorki dla całej rodziny. Miał jedne na szyji.. Gdy tylko deszcz dotknał jego twarzy a potem schlupał sie na szyję i dalej na wiiorek, jego gardł zaczeło jażyc sie fioleową łuną. Podrapał sie po nim. Jego żona wrzasnęła. Łuna nabierała na sile. Zaczął charczeć i upadł na kolana. Jego twarz wykrzywiła sie, gałki oczne zmatiowalły. -Szlag – pomyślał Asret. Człowiek wił sie na ziemi ja kopętany by po chwili zaćżć sie ślinić i gapić z głodem w oczach naokoło. zobaczył jego żonę. Po chwili rzucił się na nią i przegryzł gardło.


porywający sport

Category : sporty walki

Kasjusz wziął katanę. Łatwo ją znalazł ponieważ leżała w beczułce na korytarzu. Wyszedł z domu. Po części aby zaczerpnąć świeżego powietrza przed bitwą jaka go czekała, a po części aby zakupić narkotyki dla Magdy. Jego dziewczyna była od nich uzależniona i właśnie go mijała idąc chodnikiem.

-Idziesz do parku – spytała uśmiechając się

– Taa, przyszykuję się psychicznie na walkę.

– Super, kolejny głupi sposób na niszczenie swojego organizmu.

– Spierdalaj

– Ty też. Nie zapomnij o dragach.

Poszedł w węższą uliczkę, gdzie powitało go wschodzące słońce widoczne pomiędzy domami. Nie chodziło tu dużo ludzi, i było spokojniej. Zwodniczo spokojnie. Przed nim szkoła podstawowa i krata otaczająca boisko. Skręcił przed nią w lewo i wszedł obskurnymi drzwiami na tak samo obskurny korytarz. Farba o kolorze sraki i sików odstawała od ścian. Nagle wyszło trzech karków i popatrzyło na niego.

– to jak ? masz tą forsę?

– taa. – Kasjusz wyciągnął z kieszeni pakunek i wręczył temu najniższemu o najszerszych barkach.

Tęgi chwycił w szeroką grabą pieniądze i przeliczył

-Zgadza się.

Ten po jego prawej dał mu woreczek.

– Więcej nie zapominaj oddawać na czas. Bo cie dopadniemy szczylu. – Ktoś z tyłu się zaśmiał. Kasjusz odwrócił się i poszedł do wyjścia. Niebezpieczny klimat i nieprzyjemny nastrój zostawiał za sobą. Starał się nie myśleć. Te spotkania były dla niego koniecznością. Koniecznością w której tkwił od trzech i pół roku.

Ruszył aleją parku, przekroczył mostek nad rzeczką i jego myśli biegły już nieco innym torem. Zieleń liści i kobiety z wózkami z dziećmi, mimowolnie kazały mu myśleć inaczej. Katanę wciąż miał na plecach. Przypomniał sobie kilka walk w których uczestniczył. Był to sport dla chorych ludzi, to było pewne. Prochy i implanty jakie dostawali na początku bardzo ich zmieniały. Przedostatnia walka o dziwo skoczyła się remisem. Kopnął murzyna w podbródek i pozbawił go przytomności lecz wcześniejszy cios który przyjął na plecy go osłabił na tyle że sam runął na dechy. Cios kastetem, ale przez metal broni przeszedł wtedy impuls z implantu który zadał mu ból dopiero po czasie. Ogólnie implanty były zakazane i niewprowadzone do obiegu, wszystko było tajne. Dlatego uczestniczyli w tym biznesmeni poszukujący mocnych wrażeń, robotycy sprawdzający jakość ich dzieł i oczywiście wojskowi którzy z obojętnymi minami przyglądali się całemu wydarzeniu by potem zdać raport swoim przełożonym.

Jakaś kaczka wyfrunęła w powietrze i natarła na niego dziobem lecz uchylił się we właściwym momencie, aż matka idąca obok odskoczyła przerażona.

Pochodzi jeszcze z pół godziny i wraca do domu – pomyślał.

Sala była pełna, przylecieli również Japończycy. Oprócz niego było jeszcze z dziesięciu zawodników. Wszystko miało trwać z sześć godzin. Do rana. Choć tego nikt i tak by nie zauważył co sala nie miała okien. Gdy już wyszedł z szatni i stanął w szeregu przed ringiem gładząc metal katany, stało się coś nie przewidywalnego. Drzwiami którymi wszedł wleciał dron, po nim kolejny i kolejny. Nagle skądś zaczął rozpylać się gaz między siedzeniami. Ktoś wszedł wejściem i głośno krzyczał – NIE RUSZAĆ SIĘ, Otoczyło go kilka mężczyzn w czarnych maskach i z bronią palną. Ktoś chwycił mu usta i szarpnął do tyłu. Zobaczył że biznesmeni i wojskowi na sali duszą się trującym gazem.

-Cholera – pomyślał. Ale w tej chwili stracił przytomność.

Wszyscy powoli umierali z braku dechu. Sala powoli wypełniała się coraz gęstszym gazem. Kilka osób w maskach gazowych z karabinami, przeszukiwało teren. Kilka innych wychodziło szybko wejściem i pakowało wszystko i wszystkich do ciężarówek. Ktoś rzucił katanę Kasjusza w róg auta, ściągnął maskę z ust ukazując starcze, typowo japońskie rysy twarzy, krzyknął tylko ze wzgardą – „Jakazuki kario tgsu makai no zo utre!” co znaczyło – „buiałasy nie umieją nawet tym walczyć, zobaczymy co umieją”. Pod ciemnym niebem kilka czarnych ciężarówek odpaliło silniki i odjechało.


Chaos w głowie Hitlera

Adolf szedł dudniącym krokiem przez korytarz, klął w duchu że jego podwładni są tak bardzo niekompetentni. Zatrzymał się na rogu i spojrzał na pusty hol.

„Gdzie do cholery oni są ?” zaklął w duchu „nawet sprzątaczki tu niema !”

Albo się boją, albo do cholery coś knują przeciwko swojemu wodzowi.

Prześlizgnął dłonią po kancie balustrady schodów i wyskoczył uruchamiając palcem u nogi buty mechaniczno- latające skonstruowane przez ZSRR. Spadł z łoskotem lecz na obu stopach na sam dół gdzie było podobnie jak na górze lecz tu były drzwi na dwór. Skierował się w stronę porannego słońca przepływającego przez otwarte drzwi. Wyszedł, odetchnął pełną piersią przymykając powieki i gdy je otworzył zobaczył mutanta na 6 metrów poskładanego z ciał ludzi mających na oko po metr osiemdziesiąt. Stwór kiwając się na boki ryknął. Adolfowi zęby wgryzły się w dziąsła aż stróżki krwi poleciały z kącików ust a oczy wybałuszyły do granic możliwości. Wąsy się nastroszyły a po głowie popłynęła stróżka potu. On nieustraszony wódz nie boi się niczego ! Przeżył walkę ze Zmodernizowanym czwartym cyborgiem Stalinem więc tego potwora też pokona ! Potwór zbliżał się coraz bardziej rycząc potwornie. „Jam Hitler ! Nieustraśion Hitla – man !!” – ryknął wypinając pierś w którą po chwili dostał od mutanta. Małego człowieczka zwiało na 10 metrów i uderzył w mur przy kamienicy, spadł obok kontenera na śmieci i gdy by był tu jakiś przechodzień to uznałby że umarł lub stracił przytomność lecz wódz po woli otworzył oczy. Policzył połamane kości i wstąpił w tryb ducha.


Spopielone skrzydła i Horda

Mahrog – wódz orków oparł się o duże drzewo rosnące na końcu wioski. Krwawił z rany na piersi. Jego adrenalina powoli opadała. Wzrok przyzwyczajał się do cienia pod drzewem. Walka za nim wciąż trwała. Nie powinien opuszczać swoich braci i uciekać jak tchórz lecz nie było wyjścia, doszedł tu aby ..

Nagle ziemią zadudniło. Odwrócił się i zobaczył wielką stopę Trolla Kaffiundusa. Troll był przeciwnikiem, musiał dojść aż tu za nim aby wdać się w honorową walkę, a Mahrog myślał że udało mu się wyjść w ferworze bitwy niezauważanym.

-Czyżbyś nie miał w sobie ducha walki i uciekał z pola jak tchórz ?! – zadudnił głos przeciwnika który nachylił się i z pogardą splunął na trawę.

Mahrog wyszczerzył zęby. Jego żyły pompowały krew z niesamowitą prędkością. Chwycił miecz zwany Rohakiem leżący obok niego i podniósł wzrok na połowę większego od niego przeciwnika.

-Śmierć na ciebie czeka Kaffiundusie ! – krzyknął jedynie i zamachnął się w okolicę uda trolla. Rozległ się dźwięk metalu gdy metal Roahaka zderzył się wielkim zakrzywionym tasakiem dzierżonym przez przeciwnika. Troll uśmiechnął się a ork natarł jeszcze raz, lecz bezskutecznie.

Jeśli ktoś patrzyłby z góry widziałby wielką smolistą wydeptaną ziemię w wiosce w której kłębiły, odskakiwały i nacierały na siebie trolle i orki, lecz jeśli przesunął by wzrok dalej spoglądając kolejno na płonące namioty, na ścieżkę i poprzewracane totemy aż do wielkiego dębu ujrzałby jak pod nim z zażartym gniewem walczyli dwaj najznamienitsi wojownicy obu stron.

Inicjatywę przejął Troll waląc tasakiem jak popadnie, raz nawet wbijając go w korę drzewa. Ork chciał wykorzystać ten moment i rzucił się z rykiem na przeciwnika lecz ten zasłonił się metalowym naramiennikiem. Pod uderzeniem Rohaka metal pękł na dwie części odsłaniając skórę Kaffiundusa. Niespodziewanie troll zamachnął się tuż przy trawie jak by chciał odciąć stopy orkowi a ten widząc to podskoczył i nadepnął na tasak. To był ten moment – miecz uniesiony wysoko przez Mahroga poszybował celnie w dół i wbił się pod kątem w pierś przeciwnika. Ten zawył z bólu, lecz ork wbił go jeszcze głębiej. Gdy ciało Trolla z łomotem spadło na ziemię wódz otarł pot z czoła. Jego rana na piersi wylewała coraz to nowe strumienie krwi. Nie wiedział czy przeżyje ten dzień ale nie miał czasu do stracenia. Klęknął po dębem gdzie stał niski pomnik bogini wojny. Mahrog wyciągnął z sakiewki przy pasie dwa skrzydła Tramaha – dzikiego ptaka i wyrecytował zaklęcie dotykając dłonią pomnika. Nagle zawirowało i zawiał silny wiatr.

– Pomóż mi, jeszcze ten jeden raz – szepnął ork.

Po chwili wiatr przybrał na sile i zawiał do wioski. Wódz odwrócił się i zobaczył jak ciała trolli wylatują w powietrze pod wpływem podmuchów a zdziwionym orkom nie się dzieje.

– Za hordę – rzekł do siebie Mahrog

Koniec


Włodek i Amy cz.1

Category : Włodek i Amy

cz.1

Włodek i Amy zeszli z kontenera i pobiegli do samochodu.

– Witaj mała, jak się zwiesz ? – spytał mężczyzna z wąsami, drugi trzymający pączka w ręce patrzył się na okna domu.
-Ama.. Amanda – wyjąkała dziewczynka.
– Poczekamy aż rozwalą wszystkich i spadamy do Oinla – rzekł tym razem do Włodka.
Strzały stawały się coraz częstsze i głośniejsze. Ktoś krzyknął ze środka:
– teraz salon ! Ty Grant idź na górę !
Nawet dało się słyszeć dźwięk pękających naczyń w kuchni i salonie.
Przez chwilę trwało to strzelanie, aż jednym oknie na dole pojawiło się zielone światło.
Coś jest nie tak ..- tym razem odezwał się facet z pączkiem.
Drugi wyjrzał zza szyby samochodu. Tak samo zrobił Włodek na tylnym siedzeniu. Przez dobre kilkanaście sekund trwała cisza. Kropla potu skapnęła na kurtkę faceta z pączkiem.
Zza rogu budynku wybiegł facet z pistoletem. Gnał jak opętany.
-Spierdalamy, już ! – krzyknął – odpalaj silnik Rof ! już !
Facet za kierownicą nazwany Rofem otworzył usta jakby chciał o coś zapytać, a facet z pistoletem już ładował się n tylne siedzenie gdzie byli Włodek i Amanda.
-Oni nie żyją Rof -. .wysapał tamten.. -jedź !
Nagle z okna z którego wyskoczyli przed minutą ojciec i córka wyjrzał zombie, miał dziwne całe żółte gałki oczne, wydawał się zastanawiać jakby chciał zeskoczyć na kontener niżej. Mężczyzna na tylnym siedzeniu jęczał
-nie ,,nie ,,,nieee..
Rof przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik nie odpalał.

To widzieli wszyscy, cała piątka. Zombie podniósł rękę do góry i wymamrotał coś co tylko on słyszał. Z dłoni wyleciała zielona stróżka promieni. Oczy zombie pojaśniały i ułożyły się w okropnym grymasie. Walnęło w przednia klapę samochodu.
Zielona stróżka promieni wypalała powoli blachę.Nieumarły nadal coś mamrotał, w jego dłoni znowu pojaśniało. Strumień poleciał w dach samochodu, aż zatrzęsło w środku.
– Jeeeeedź !!!!!! – ryknął facet z pistoletem.
– Silnik odpalił, Rof chwycił skrzynię biegów i pojechali szybko do tyłu.
Zombie jakby zamyślony wycofał strumień zielonej energii z dłoni i wyskoczył przez okna na kontener, wylądował na kucaka, tak ja żaden zombie nie powinien. Odwrócił się w ich stronę, żółte gałki oczne wyglądały strasznie. Wyprostował się i zaczął biec w ich stronę.
Amanda zapiszczała.
-Strzelaj Grant !- krzyknął Rof ale w sumie nie musiał bo Grant już wystawiał pistolet za szybę. Amanda zakryła uszy gdy nastąpił huk wystrzałów. Żaden pocisk nie trafił. Kierowca, wykręcił sprawnie koło wiaty z drewnem i wjechał na drogę. Ruszyli, a biegnący zombie został w tyle. Włodek widział jak się zatrzymuje patrząc na oddalający się samochód.
-Cholera .. – wymamrotał – ..co to do cholery było …


Tomasz cz.1

Category : Tomasz

Adam wyszedł na dwór aby sprawdzić jak jego syn Tomasz bawi się z dziećmi. Tomasz miał 5 lat i był nieco skrytym dzieckiem. Ze tego co udało się ustalić dotychczas rodzicom, ich syn nie lubił towarzystwa innych dzieci. Teraz Adam schodził na parter bloku gdzie były skrzynki na listy do wszystkich mieszkań. Zatrzymał się bo usłyszał strzęp rozmowy:
– Ale Tomek nie umie robić zamku-kręgla ! – to był głos jakiejś dziewczynki.
-To go nauczę – tym razem buntowniczy głos chłopca.
-Nie, to nasza tajemna budowla, nie wolno nam pokazywać jak ją się robi.

Adam powoli podszedł do drzwi bloku i wychylił się na zewnątrz. Ujrzał plac zabaw pośród trzech dużych bloków, na środku była piaskownica, w niej…

Nagle oślepiło go bardzo ostre światło, usłyszał bardzo blisko swoich uszu dzwoniące dzwoneczki. Zaskoczony chciał się ruszyć i gdy to zrobił jego noga nastąpiła na trawę. Niebo nad nim było o wiele bardziej błękitne niż poprzednio. Jego oczom ukazał się gaj ze szmaragdowymi drzewami iglastymi.
– Co do ..? Gdzie ja jestem ? – spytał siebie zaskoczony.
Zaczął dochodzić do niego powoli dźwięk blisko uszu.
-Adamie, Adaaamie, czy nie chcesz spotkać swojego prawdziwego syna ? – szeptał mu jakiś głos.
Nie polubił tego głosu, ukrywało się w nim szyderstwo….Nagle przed jego głową ukazał się właściciel owego głosu – latający kot z sześcioma łapami.
Tomasz, siedział niezadowolony w piaskownicy miedzy Agatką a Romkiem. Dwójka się kłóciła o zdradzenie planów budowy zamku-kręgla. Tomasza to w ogóle nie interesowało. Chciał krzyknąć, odepchnąć tą dwójkę i iść w jakieś ciekawsze miejsce. Rozejrzał się patrząc na okoliczne bloki, spojrzał na swój, na okno na trzecim piętrze gdzie była kuchnia, gdzie pewnie jego mama gotowała obiad..nagle spod bloku zauważył rozbłyskające białe światło, było bardzo ostre i trwało krótko. Kłócące się dzieciaki nic nie zauważyły. Chwycił plastikową łopatkę i wstał. Teraz Romek spojrzał na niego
– Chcesz już iść Tomek?, jeszcze nic nie zbudowałeś..
– Chodźcie za mną ..i uzbrójcie się – rzekł ten nieoczekiwanie.
Dzieciaki spojrzały po sobie, ale po chwili każde z nich chwyciło plastikową zabawkę, Agatka wiaderko, które założyła na głowę, a Romek długą grabkę. Ruszyli. Gdy znaleźli się w połowie drogi do klatki bloku, zadzwoniły przyjemne dla ucha dzwoneczki, pojawiła się wokół nich mgłą, i w swoich głowach usłyszeli głos mówiący szeptem „ Kto do doliny sosen wejdzie ten za trzy kręgle lizaka zdobędzie”. Przenieśli się do doliny szmaragdowych drzew iglastych …


Włodek i Amy

Category : Włodek i Amy

cz. 0

Włodek podszedł do kocyka na parapecie, był zimny. Za oknem szalał wiatr, drzewa przechylały się niebezpiecznie. Zombie czekały zapewne w starym magazynie z narzędziami do ogrodu. Władek popatrzył smutno jeszcze chwilę na zielony, mącony powiewami krajobraz. Odszedł  od okna, oparł się o ścianę obok włącznika na światło. Od dawna  nie działało, prąd został już dawno z tego domu zabrany. Nie rozmyślał teraz czemu. Poszedł na górę do Amandy. Jego mała księżniczka spała na różowym starym łóżku. Na podłodze walało się kilka niedawno używanych lalek, a dalej w rogu stał drewniany koń na biegunach pokryty pajęczynami. Od dawna tu nie był, lecz długo nie miał zamiaru tu zabawiać. Usiadł przy ścianie na korytarzu, gdzie stała strzelba. Wziął ją i położył na brzuchu. Ściemniało się, sam nie wiedział kiedy zasnął.

Coś kapnęło mu na czoło, zbudził się i zobaczył że dach nieco przecieka, na dworze nadal dmuchało, od tego padał deszcz. Na szarej ścianie wisiał obrazek, on Lilia i Amanda, szkoda że już nie ma ich w komplecie. Dreszcz przeszył jego twarz, spojrzał na okna na końcu korytarza i westchnął. Znowu zasnął.

Ktoś przeszedł mu po stopie. Mężczyzna obudził się i zamglonym wzrokiem zobaczył swoją księżniczkę idącą do toalety. Przystanęła na chwilę przy drzwiach patrząc się na plakietkę na nich po czym weszła do środka. Nawet nie zauważyła że go obudziła. Po promieniach słońca docierających na podłogę Władek stwierdził że już świta, deszczu nie było słychać. Wstał i ruszył do okna. Przeszedł dwa kroki gdy coś syknęło z pod podłogi. Właśnie się odwracał za siebie gdy coś niechlujnie go trąciło po plechach. W tej chwili krew zmroziła mu się w żyłach a oczy rozszerzyły. Smród i chrypiący głos kulejącego zombie który stał za nim przeraził go. Krótko się zastanawiał. Ruch strzelby w jego rękach i wystrzał. Głośny wystrzał. Umarlak poleciał 4 metry do tyłu i  wylądował w rogu korytarza. Nadal biadolił gardłowym tonem. Z dołu słychać było szuranie i kroki po schodach. Było ich tu kilka! Mężczyzna ruszył do łazienki, lecz drzwi już nie otwierały.

-Tato !

-Amanda! Musimy uciekać!  .. szybko !

Pobiegli do okna na końcu korytarza. Otworzyli je.

-Skaczemy na dwa.

Pod oknem z drugiej strony był kontener stojący dwa metry pod nimi.

-Raz ..

Pierwszy zombie – kobieta weszła już po schodach i rozgądałą się na boki.

-Dwa!

Skoczyli, dziewczynka pisnęła, lecz wylądowała na stopach i dłoniach tak jak jej tata. Coś było nie tak, na podwórzu stało kilka samochodów. W jednym byli ludzie i rozmawiali ze sobą. Zza rogu domu dał się słyszeć głos.

-Mike, rozwal te bydlaki !

Po chwili dało się słyszeć strzały z karabinu.

-Hej, Wy !

Mężczyzna z wozu pomachał do nich.

-Chodźcie tu, den dom zaraz zostanie oczyszczony, macie broń? Dobrze, tu będziecie bezpieczni.

Włodek i Amanda zeszli na trawnik i ruszyli słysząc coraz więcej strzałów ze środka domu. A Włodkowi kłębiły się szybko myśli w głowie ” przecież to gwardia nieulękłych dusz… ich działania były znane w nowej Ameryce, lecz nigdy nie spotkałem ich osobiście” .

Powiedział tylko do córki

-Jesteśmy bezpieczni Amy.

 


Narty

Zjedzcie wszystko ! – Krzyknął Michel do biesiadników. Jego żona Olivia przytuliła się do niego patrząc na tłum gości przy ławach który zasiadał właśnie z głodem w oczach do posiłku. Kurczaki, schabowe, szaszłyki i sałatki. Ci goście nie należeli do dostojnych jegomości, ale też nie był to tłum biedaków z ulicy. Byli to właściwie narciarze  i snowboarderzy, dzisiejsi znajomi Michaela wykończeni po długo-godzinnej jeździe na mrozie. Dzień był udany. Najpierw zjazd se stoku kasztanowego a potem przejażdżka wyciągiem  „kłosy” na stok trzech czaszek. Był to najdłuższy stok w tych górach, ale mimo swojej nazwy nie był aż tak niebezpieczny. Oliwia i Michael popatrzyli jeszcze trochę na dół gdzie nastąpiła wrzawa i stukot naczyń i po chwili odwrócili się poszli na balkon do którego prowadziły uchylone zasuwane drzwi. Widok był piękny. Zasypane wzgórza śniegiem. Krzaczaste świerki i sosny. Przez wiele z nich przebijała się zieleń igieł. Niebieskie niebo i ten spokój, ta atmosfera bezpieczeństwa, jakby tym górom ktoś nadał dobry czar. Niespotykany klimat. Gdzieś w oddali w którą teraz wpatrywała się para leciały ledwo dostrzegalne ptaki.

-Chodźmy do sypialni – powiedziała Olivia i spod barku i jej partner dostrzegł uśmiech. ten konkretny uśmiech, świadczący że spełnia się własnie jej marzenie. Michel uwielbiał ten uśmiech i potaknął głową. Ruszyli na górę.